Postanowiłem sobie, że na tym blogu będę prezentował jedynie muzykę, która jest przynajmniej dobra i z którą na pewno warto się zapoznać. W przypadku tej recenzji można stwierdzić, że trochę odbiegłem od tego założenia. A to wszystko przez Sigur Rosów!!! Bo jestem jednym
z tych który ubóstwia muzykę ze Skandynawii, Bjork, Fever Ray, Niki and
the Dove, Sigur Ros i jeszcze wielu innych – bez nich mój świat muzyczny na
pewno byłby niekompletny. I nie wiem co sprawia, że tyle talentów płodzą
Skandynawowie, może obcowanie z zorzą polarną lub ograniczona ilość
promieni słonecznych... nie istotne, ważne, że tworzone przez nich dźwięki
uwodzą mnie i wzbogacają.
Nie muszę mówić,
że nowego albumu Sigur Ros bardzo wyczekiwałem, bo niezwykle kręci mnie ta
piękna melancholia w wydaniu Islandczyków. Lecz po jego przesłuchaniu czuje
jakis niedosyt i brak. Sigur Ros słynie z długich albumów, rozbudowanych
pieśni ale to nigdy nie nużyło, wręcz przeciwnie z jeszcze większym
zniecierpliwieniem oczekiwałeś kulminacji utworu, ogromu natężenia gitar,
perkusji i falsetu Jonsiego. Jak mało kto potrafili wywołać ciarki na plecach i
taką łatwością wzruszyć. Tego na najnowszym albumie „Valtari“ (ozn. walec) nie doświadczam bo często on po prostu nudzi.
Nie wiele tu
wyrazistych utwórów, które zapadną na dłużej w pamięć. Choć na uwagę zasługuje,
na prawdę piękny, singlowy „Varut“ spokojnie rozwija się a w kulminacyjnym
momencie uwypukla mocne partie perkusji – Sigur Ros to specjalisci od takich
zabiegów na piosenkach. Na pewno mogą wpaść w ucho, kolejne dwa songi: Rembihnútur
i Dauðalogn i to byłoby na tyle jeśli chodzi mocne punkty tego albumu.
Sigur Ros
przyzwyczaiło mnie do wzruszeń, dostarczania silnych emocji a po „Valtari“ i
tym znaczącym tytule oczekiwałem totalnego zmiażdżenia, katharsis, że pozostanie
po mnie jedynie mokra plama. Niestety, walec mnie nie przejechał jedynie musnął
wywołując lekki dreszczyk, który nie zapadnie w pamięć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz