Ostatnimi czasy narzekanie,
że polska muzyka jest do kitu staje się kompletnie bezpodstawne. I to nie
zasługa, wiecznie najlepszej Nosowskiej czy indie Brodki, ale twórców których jeszcze
nie usłyszysz w mainstreamie, ale którzy ciężko pracują aby ich muzyka została
zauważona i oczarowała kolejnego fana. Obok już dobrze znanej Izy Lach, zespołu
UL/KR czy Kari Amirian, pojawia się wokalistka, właściwie popowa, czarująca i
przede wszystkim utalentowana, poznajcie Malwine Koteluk, lepiej znaną jako Mela Koteluk.
Informacji na jej temat jest
jak na lekarstwo, wiemy, że na pewno udzielała się wokalnie w zespole Scorpions
(tak, chodzi o te niemieckie Scorpions) a także wspomagała Gabę Kulkę. Rok temu
wydała swój pierwszy singiel „Spadochron“ i od tego czasu oczy i wrażliwe uszy
na dobrą muzykę skierowały się bezpośrednio na nią.
Na początku miesiąca miała premiere jej debiutancka płyta „Spadochron“ i nie ma
co już ukrywać, że to jeden z ciekawszych debiutów tego roku.
Stylistyka w jakiej tworzy to
dream pop, tym samym miłośnicy miękkich, sennych dźwięków na pewno będą
wniebowzięci aczkolwiek na albumie znajdziemy i mocniejsze, rytmiczne utwóry
jak już dobrze znany „Melodia Ulotna“, tytułowy „Spadochron“ czy „Pojednanie“.
Album otwiera, absolutnie
piękny, liryczny „Dlaczego drzewa nic nie mówią“ i wcale nie dziwi, że utwór
został wybrany na singiel promujący album bo nie dość, że wokalnie jest
rewelacyjnie prowadzony to w warstwie lirycznej równie mocno zachwyca.
Kolejne utworzy to
wspomniany, przebojowy „Spadochron“ delikatnie bujające: „O domu“ i „Działać
bez działania“
„Niewidzialna“ rozpoczyna się
od niepokojących, pulsujących klawiszy które dla kontrastu oblewa spokojny
urokliwy głos Meli, utwór na koniec przełamany saksofonem i perkusją na pewno
pięknie zaczaruje na koncertach. „Melodia ulotna“ jeżeli tylko bedzie grana
przez radia to ma szansę stać się hiciorem.
„Stale płynne zachodzenie w
głowę, po każdej burzy w szklance wody“ tak zaczyna się kolejna, tym razem
filozoficzna piosnka, śpiewana przy samym akompaniamencie gitarki. „Wolna“
brzmieniowo osadzona w latach 80- tych a „Rola gra“ leniwie i sennie się snuje,
wydaje się w sam raz na ciepłe majowe wieczory.
Album zamyka jedyna
kompozycja zaśpiewana w języku angielskim, bardzo ciekawa „In a meantime“,
brzmieniowo wyraźnie odbiega od reszty albumu i zdradzająca fascynacje Kate Bush.
Mimo to cały album jest spójny
i dojrzały co jak na debiutanta jest sporym wyczynem. Bardzo dobrze napisany,
słychać, że artystka lubi polski język, nie jeden z tekstów ma zadatki na niezłą poezję. A najpiekniejsze
w jej muzyce jest to, że daje się z niej odczytać jeden prosty komunikat:
nie bój się, żyj. Tak jakby Mela chciała dać otuchy i upewnić, że życie jest
gorzkie i słodkie przez to takie piękne.
Ten album to świetny dowód na
to, że pop nie musi być synonimem głupoty, tipsów i botoksu, gdzie funkcjonowanie
w świadomości słuchaczy budowane jest niezliczonym plotkom i skandalom.
Tylko szkoda, że taki pop tak
łatwo nie przedostanie się do radia co nie oznacza, że dobrego popu nie ma, że
dobrej polskiej muzyki nie ma.
Teraz to Twoim obowiązkiem
jest przeszukiwać czeluście internetu, odwiedzać rzadziej uczęszczane knajpy i
interesować się nic nie mówiącymi nazwiskami a zapewniamy, że wyłowisz nie
jeden muzyczny rarytas pokroju Mela Koteluk.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz