sobota, 9 czerwca 2012

LAX


Brodka, swoją „Grandą“ chcący/niechcący odświeżyła rodzimy rynek muzyczny i uczyniła coś niebywałego: zadowoliła wszystkich! Bo do słuchania Brodki przyznawali się i samotni hipstersi z planu b i warszawscy taksówskarze, którzy bezbłędnie śpiewali: „W pięciu smakach“. Od kilku dni możemy cieszyć uszy, najnowszym cyfrowym wydawnictwem od Brodzi, epką: „LAX“, zwiastującą (miejmy nadzieję niebawem) najnowszą płytę. Epka jest dosyć skromna, jedynie 2 nowe utwory nagrane w legendarnym Red Bull Studio w Kaliforni oraz 4 remiksy. I zacznę trochę przewrotnie, bo od remiksów, których słuchanie jest mniej lubiane a zdarza się , że często i pomijane.
Pierwsze zremiksowane usłyszymy „Dancing Shoes“ którym zabawili się chłopaki z KAMP! Dali utworowi niesamowitego kopa i takiego lajtu, że aż nóżka sama chodzi. I w tym miejscu składam petycję do Pani Moniki: ta wersja musi być kolejnym oficjalnym singlem.

http://soundcloud.com/kampmusik/brodka-dancing-shoes-kamp


Kolejny remiks to „Varsovie“ przerobione przez Auer. Utwór zmieniony nie do poznania, dubstepowe brzmienie wywraca piosenkę do góry nogami przez co jeszcze mocniej wrzyna się w umysł. Zdecydowanie to najciekawsza kompozycja z tego minialbumu.
Następnie Greg Kozo z paryskiego duetu didżejskiego Make the Girl Dance prezentuje swoją plumkającą wersje „Dancing Shoes“ , dodany delikatny bit z lekko bujającego oryginału, przenosi ją na przestrzeń parkietu.
Ostatni remiks to „Varsovie“ którym zajeli się  Bueno Bros, ich wersja piosenki to piękny chillout, który dynamiczną piosenkę zamienia w miękki, uroczo-leniwy song.

Ale te bardzo dobre remiksy nie powstały by bez świetnych oryginałów. „Dancing Shoes“ to hołd artystki dla Michaela Jacksona jest w sam raz do delikatnego pobujania się, natomiast „Varsovie“ jest totalnie przebojowe i już podbiło serca słuchaczy. Mimo, że śpiewany po angielsku i w nowoczesnej aranżacji jest w nim nuta takiej fajnej polskości, którą warto pochwalić się światu.

Po tym niewielkim albumie, choć czuje się niedosyt to jednak też takie miłe zadowolenie wynikające z faktu, że Monika nie spoczeła na laurach, jest odważna muzycznie, ciągle poszukuje, jest głodna nowych brzmień i doskonale wie co się dzieje w muzyce. Przez to można być pewnym, że kolejnym pełnym albumem nas nie zawiedzie.

wtorek, 5 czerwca 2012

Mela!


Ostatnimi czasy narzekanie, że polska muzyka jest do kitu staje się kompletnie bezpodstawne. I to nie zasługa, wiecznie najlepszej Nosowskiej czy indie Brodki, ale twórców których jeszcze nie usłyszysz w mainstreamie, ale którzy ciężko pracują aby ich muzyka została zauważona i oczarowała kolejnego fana. Obok już dobrze znanej Izy Lach, zespołu UL/KR czy Kari Amirian, pojawia się wokalistka, właściwie popowa, czarująca i przede wszystkim utalentowana, poznajcie Malwine Koteluk, lepiej znaną jako Mela Koteluk.

Informacji na jej temat jest jak na lekarstwo, wiemy, że na pewno udzielała się wokalnie w zespole Scorpions (tak, chodzi o te niemieckie Scorpions) a także wspomagała Gabę Kulkę. Rok temu wydała swój pierwszy singiel „Spadochron“ i od tego czasu oczy i wrażliwe uszy na dobrą muzykę skierowały się bezpośrednio na nią.

Na początku miesiąca miała premiere jej debiutancka płyta „Spadochron“ i nie ma co już ukrywać, że to jeden z ciekawszych debiutów tego roku.

Stylistyka w jakiej tworzy to dream pop, tym samym miłośnicy miękkich, sennych dźwięków na pewno będą wniebowzięci aczkolwiek na albumie znajdziemy i mocniejsze, rytmiczne utwóry jak już dobrze znany „Melodia Ulotna“, tytułowy „Spadochron“ czy „Pojednanie“.
Album otwiera, absolutnie piękny, liryczny „Dlaczego drzewa nic nie mówią“ i wcale nie dziwi, że utwór został wybrany na singiel promujący album bo nie dość, że wokalnie jest rewelacyjnie prowadzony to w warstwie lirycznej równie mocno zachwyca.
Kolejne utworzy to wspomniany, przebojowy „Spadochron“ delikatnie bujające: „O domu“ i „Działać bez działania“
„Niewidzialna“ rozpoczyna się od niepokojących, pulsujących klawiszy które dla kontrastu oblewa spokojny urokliwy głos Meli, utwór na koniec przełamany saksofonem i perkusją na pewno pięknie zaczaruje na koncertach. „Melodia ulotna“ jeżeli tylko bedzie grana przez radia to ma szansę stać się hiciorem.
„Stale płynne zachodzenie w głowę, po każdej burzy w szklance wody“ tak zaczyna się kolejna, tym razem filozoficzna piosnka, śpiewana przy samym akompaniamencie gitarki. „Wolna“ brzmieniowo osadzona w latach 80- tych a „Rola gra“ leniwie i sennie się snuje, wydaje się w sam raz na ciepłe majowe wieczory.
Album zamyka jedyna kompozycja zaśpiewana w języku angielskim, bardzo ciekawa „In a meantime“, brzmieniowo wyraźnie odbiega od reszty albumu i zdradzająca fascynacje Kate Bush.
Mimo to cały album jest spójny i dojrzały co jak na debiutanta jest sporym wyczynem. Bardzo dobrze napisany, słychać, że artystka lubi polski język, nie jeden z tekstów  ma zadatki na niezłą poezję. A najpiekniejsze w jej muzyce jest to, że daje się z niej odczytać jeden prosty komunikat: nie bój się, żyj. Tak jakby Mela chciała dać otuchy i upewnić, że życie jest gorzkie i słodkie przez to takie piękne.
Ten album to świetny dowód na to, że pop nie musi być synonimem głupoty, tipsów i botoksu, gdzie funkcjonowanie w świadomości słuchaczy budowane jest niezliczonym plotkom i skandalom.
Tylko szkoda, że taki pop tak łatwo nie przedostanie się do radia co nie oznacza, że dobrego popu nie ma, że dobrej polskiej muzyki nie ma.
Teraz to Twoim obowiązkiem jest przeszukiwać czeluście internetu, odwiedzać rzadziej uczęszczane knajpy i interesować się nic nie mówiącymi nazwiskami a zapewniamy, że wyłowisz nie jeden muzyczny rarytas pokroju Mela Koteluk.