Napisanie, że "Born To Die" to najważniejsza premiera muzyczna tego roku, nie jest przesadą, a wyznaniem najprawdziwszej prawdy wynikające z ogromnego zamieszania jakie wokalistka wprowadziła, pół roku temu, kiedy to szturmowaliśmy jutuba nieustannie słuchając pięknego "Video Games". Wiele osób było pod urokiem wokalistki i wróżyło jej niemały sukces. Wraz z rozpowszechnieniem się piosenki i jej ogromną sławą w internecie, zaczęto silnie dociekać kim jest sama Lana Del Rey. Kiedy sądzono, że wokalistka zapewne dopiero poszukuje wydawcy okazało się, że stoi już za nią silny label a za kreacją niszowej artystki kryje się przebiegły plan marketingowy. Wiele również mówiło się o sztucznych ustach Lany i tacie milionerze... ale teraz niech to będzie nieważne, skupmy się na płycie i głosie Lany, która zniewala. Nie przesadzam !
Po za świetnymi singlami: "Video Games" i "Born To Die", warto zwrócić uwagę na "Off the Races" i hiphopową rytmikę utworu, piosenkę o pieniądzach i władzy: "National Anthem" i o miłości nieszczęśliwej: "Dark Paradise". Ja osobiście najbardziej sobie cenie końcówkę albumu: "Summertime Sadness" i zamieszczone w niej zająknięcia, typowe dla Lady Gaga oraz zamykający podstawową kompilacje, szczery: "This is What Makes Us Girls".

Cały album jest niezwykle miły dla ucha, melodyjny, piosenki w długości nie radiowej nie męczą a sam album pochłania bez reszty. Ale żeby nie było, że nie mam żadnego "ale", bo je mam! Pierwsze "ale" to teksty: błahe, opisujące miłości i miłostki w sposób prosty, idiotyczny i typowy dla 13-latki, tworząc przy tym obraz kobiet kalekich, uzależnionych od tego jedynego mężczyzny. To znacząco obniża samą wartość płyty. Drugie "ale" wynika bardziej z mojego nastawienia do samej artystki i zawodu w jakiej lidze muzycznej gra. Słysząc pierwszy raz "Video Games" byłem przekonany, że oto na świat przyszła, kolejna genialna wokalistka, która będzie eksperymentować i poszukiwać. Dla której muzyka będzie całym światem i formą komunikacji z nim. A tu otrzymaliśmy świetny album, ale będący popem najczystszej postaci, bardziej produktem aniżeli prywatną historią kobiety z New York City. Kiedy myślałem, że Lana to level na którym jest Bjork, PJ czy Cat Power, to teraz wiem, że należy ją przyporządkować do poziomu w którym gra Adele, Beyonce i Kate Perry. I nie żeby było w tym coś zdrożnego, wstydliwego czy złego, nie... to tylko rodzi pewną obawę, że wcześniej czy później więcej będziemy czytać o tym czy dziś założyła majtki aniżeli o jej niewątpliwym talencie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz