Ema a właściwie Erica M. Anderson pochodzi z południowej Dakoty, jest songwriter'ką i właściwie od tego roku zaczęła swoja solowa karierę. Dotychczas udzielała się wokalnie w zespole Gowns. W maju 2011 wydała "Past Life Martyred Saint" który swoim minimalizmem, bezpretensjonalnością, bezczelnością i mocnymi tekstami jest godny polecenia. Sama wokalistka jest wiarygodna, prawdziwa, wręcz naturalistyczna i zarazem pełna buntu, przez to sądzę, że zasługuje aby zostać usłyszaną i zapamiętaną. A warto jej posłuchać bo może nam wiele opowiedzieć o swoim pokoleniu i emocjach, które w niej siedzą.
To artystka zdecydowanie niszowa ale debiutancki album został zauważony i bardzo dobrze przyjęty przez krytykę. W ostatnio pojawiających się podsumowaniach na najważniejszy album 2011, zajmuje bardzo wysokie miejsca.
Po za specyficznym klimatem płyty, jej surowością i oszczędnością w warstwie muzycznej warto także skupić się na tekstach. Bardzo osobiste, ostre i konkretne, przedstawiają rzeczywistość Erica'i taka jaka ona jest, bez zbędnego ubarwiania. Album rozpoczyna pięknie kołyszący "Grey Ship", a zaraz po nim mamy singlową Kalifornie, która wydaje się być kure**ko nudna. "Anteroom" jest prawie że wyrecytowany - uwielbiam koniec tej piosenki kiedy EMA szepcze (bez żadnego podkładu muzycznego): "If this time through We don't get it right I'll come back to you In another life" - pięknie to brzmi. Bardzo osobisty "Milkman" i "Marked" wprowadzają nas na bardzo intymne tereny, przez co EMA zyskuje mój jeszcze większy szacunek.
Jej wrażliwość i otwartość w wyrażaniu siebie zachwycają. I choć to młoda artystka to jest bardzo siebie świadoma i można spodziewać się, że jej twórczość jeszcze ewouluje. W jakim kierunku... nie sposób nawet zgadnąć, ale na pewno przekona mnie do siebie pod każdą jej postacią.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz