wtorek, 30 sierpnia 2011

World Unite! Lucifer Youth Foundation

Pochodzą z Manchesteru, grają muzykę, nazywają się WU LYF (czyt. woo life) i więcej na ich temat nie wiadomo. Ten brak informacji to zamierzone działanie zespołu a to jeszcze bardziej mnie w nich fascynuje. W dobie natężonej promocji, wszystkich i wszystkiego wydaje się, że WU LYF chcą tylko grać i nic więcej ich nie interesuje. Są na tyle w tym aroganccy, że nawet płytę wydali sami, choć nie jedna wytwórnia chciała by mieć ich w swoim katalogu artystów.  Zespół  powstał w 2008 r. tworzy go czwórka osób: "Jeau" (Joe Manning), "Lung" (Tom McClung), "Elle Jaie" (Ellery Roberts) i "Evanse" (Evans Kati). Grają nietypowo, śpiewają niewyraźnie lecz debiutancki album: "Go Tell Fire To The Mountain" może okazać się albumem tego roku. To nie jest łatwa płyta, po pierwszym przesłuchaniu nie robi wrażenia, wręcz męczy lecz jeśli damy jej szanse zapewni nam niesamowity odjazd!  Głos wokalisty, mocny gardłowy i czasem dziwnie piskliwy, nie raz wydaje się, że krzyczy aniżeli śpiewa ale potrafi porządnie szturchnąć serducho. Zespół ciężko przypisać do jakiegokolwiek nurtu, bo na pewno to nie modne indie rock, ani też britpop ale warto zaznaczyć, że wyraziste gitary mocno naznaczają ten album. Longplay promują dwa single, fantastyczny: "Heavy Pop" oraz "Dirt". Ze swojej strony polecam utwory "Cave Song" i "LYF". Dawno nie słyszałem tak oryginalnych i nietypowych dźwięków, które jak się zdaje wychodzą z chaosu, tworząc przyjemny dla ucha porządek dźwięków.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Mistrzostwo

W minionym tygodniu zachwyciły mnie 2 całkiem różne nowości muzyczne. Jedna z nich to zapowiedź całej płyty, druga to swoisty eksperyment - czy będzie miał kontynuację w postaci longplay'a - zobaczymy.

Płytę zapowiada nie kto inny, a sama Katarzyna Nosowska. Album zwiastuje singiel "Nomada", tytuł albumu jest jeszcze nieznany aczkolwiek zapowiada się arcy ciekawe wydawnictwo! Po singlu można wnioskować, że Kasia spróbuje połączyć żywe instrumenty z elektroniką a wszystko w miłym pesymistycznym wydźwięku. Jak będzie w rzeczywistości niebawem okaże się... Od strony lirycznej, majstersztyk! Proces zakochania, miłości i odkochania porównany do bulimicznego sposobu pożywiania się. A wszystko ma na celu uzmysłowić nam, że niejednokrotnie w sferze uczuć jesteśmy "turystami". Ale nie z żalu to wszystko a z obserwacji jakie daje jej życie. Nosowska przedstawia nam, po raz kolejny, prawdy objawione. A śpiewa to, bawiąc się swoim głosem, który jak wiemy pięcio-oktawowy nie jest, ale przyprawia o pięcio-oktawowe ciarki!  Płyty nie mogę się doczekać!
Zapraszam do słuchania:


Gdybym miał sobie wymyślić jakiś duet, dość różniących się od siebie artystów a zarazem o podobnej wrażliwości muzycznej, których mimo wszystko chciałbym wspólnie usłyszeć to byłby to właśnie Bon Iver i James Blake. I jak się okazało panowie wspólnie stworzyli coś. To coś to: "Fall Creek Boys Chior". Czego to zapowiedź, nie wiem ale połączenie fenomenalne. Natężenie emocjonalne sięga tu zenitu, dźwięki delikatnie masują duszę i ciało i lepiej robią niż psychoterapia długoterminowa.
Polecam!

sobota, 20 sierpnia 2011

Updater

Kontynuując wątek z Bjork... jest już trackista i spieszę o tym donieść:

Moon

Thunderbold
Crystalline
Cosmogony
Dark Matter
Hollow
Virus
Sacrifice
Mutual Core
Solstice


Pozostaje czekać nam na album. Premiera 23.09.2011

czwartek, 18 sierpnia 2011

Zapowiedź

Nie ukrywam, że niecierpliwie czekam na najnowsze dzieło Islandki.
Czy powstała muzyka zachwyci i przewróci do góry nogami nasze myślenie o muzyce nie wiem ale wiadomo, że od strony wydawniczej i technologicznej to będzie kompletna nowość - płyta powstaje jako "app album" zawierający specjalne aplikacje na ipada.
Poniżej umieszczam okładkę do albumu: "Biophilia":

Czekamy na tracklistę i cały album.

środa, 17 sierpnia 2011

Tak kompletnie przez przypadek...


Nigdy nie byłem niesamowitym fanem twórczości zespołu Zacha Condona, choć zawsze swoim graniem potrafili przenieść w jakieś kompletnie magiczne miejsca - co w muzyce lubię, to jednak nigdy nie był zespołem, na którego premierę nowych nagrań czekałem ze zniecierpliwieniem. Na najnowsze wydawnictwo zespołu: "The Rip Tide" wpadłem całkiem przez przypadek, kompletnie zdziwiony, że Beirut wydał coś nowego bo w mediach nie słyszałem aby jakoś głośno mówiono o premierze tego albumu. Nic to, wziąłem się za słuchanie i zdziwiłem się bo nowy Beirut to już nie to co samo co stary Beirut. Zach, ciągle zachwyca swoimi głosem i piosenki ciągle bogate w aranżacje ale iskrzy się z tych dźwięków optymizm i spokój, którego nie doświadczysz we wcześniejszych wydawnictwach. I to jest plusem i zarazem minusem tego albumu. Mnie czarowały smutki wyciekające z dęciaków zaprezentowane chociażby na "Gulag Orkestar", a najnowszy album jest jak dobre wspomnienie lata. Snuje się, czaruje, powoli uwodzi by naglę dość nieoczekiwanie zakończyć się. Album rozpoczynają rewelacyjne: "A Candle's Fire" i "Santa Fe", potem trafimy na utwory w sam raz do stacji muzycznych, bo "East Harlem" czy "Vagabond" bez problemu mogły by zawładnąć listami przebojów, dynamiczne i melodyjne - od razu wpadają w ucho. Najmocniej oczarował mnie "The Rip Tide" - początkowy spokój i ciszę piosenki, powoli rozrywają fale dźwięków, w głosie Zacha daje się słyszeć nostalgię, a cała piosenka wprowadzą w uroczy stan krótkotrwałej melancholii i zadumy:
"And this is the house where I 

I feel alone 
Feel alone now 
And this is the house where I 
Could be alone 
Be alone now 
So the waves and I found the rolling tide 
So the waves and I found the rip tide"
To zdecydowanie album na letnie wieczory, spokojne upijanie się winem i cierpliwe wspominanie minionego dnia. Polecam wszystkim, których pogoda nie rozpieściła w te wakacje. Gwarantuje, że będziecie dobrze je wspominać dzięki tej muzyce.