sobota, 24 grudnia 2011

Who is EMA ???


Ema a właściwie Erica M. Anderson pochodzi z południowej Dakoty, jest songwriter'ką i właściwie od tego roku zaczęła swoja solowa karierę. Dotychczas udzielała się wokalnie w zespole Gowns. W maju 2011 wydała "Past Life Martyred Saint" który swoim minimalizmem, bezpretensjonalnością, bezczelnością i mocnymi tekstami jest godny polecenia. Sama wokalistka jest wiarygodna, prawdziwa, wręcz naturalistyczna i zarazem pełna buntu, przez to sądzę, że zasługuje aby zostać usłyszaną i zapamiętaną. A warto jej posłuchać bo może nam wiele opowiedzieć o swoim pokoleniu i emocjach, które w niej siedzą.
To artystka zdecydowanie niszowa ale debiutancki album został zauważony i bardzo dobrze przyjęty przez krytykę. W ostatnio pojawiających się  podsumowaniach na najważniejszy album 2011, zajmuje bardzo wysokie miejsca.

Po za specyficznym klimatem płyty, jej surowością i oszczędnością w warstwie muzycznej warto także skupić się na tekstach. Bardzo osobiste, ostre i konkretne, przedstawiają rzeczywistość Erica'i taka jaka ona jest, bez zbędnego ubarwiania. Album rozpoczyna pięknie kołyszący "Grey Ship", a zaraz po nim mamy singlową Kalifornie, która wydaje się być kure**ko nudna. "Anteroom" jest prawie że wyrecytowany - uwielbiam koniec tej piosenki kiedy EMA szepcze (bez żadnego podkładu muzycznego): "If this time through We don't get it right I'll come back to you In another life" - pięknie to brzmi. Bardzo osobisty "Milkman" i "Marked" wprowadzają nas na bardzo intymne tereny, przez co EMA zyskuje mój jeszcze większy szacunek.

Jej wrażliwość i otwartość w wyrażaniu siebie zachwycają. I choć to młoda artystka to jest bardzo siebie świadoma i można spodziewać się, że jej twórczość jeszcze ewouluje. W jakim kierunku... nie sposób nawet zgadnąć, ale na pewno przekona mnie do siebie pod każdą jej postacią.


czwartek, 15 grudnia 2011

Lana Del Rey odsłona nr 2

Gaga już nie szokuje, Adele padł głos, Beyonce zaciążyła tak więc panie i panowie przedstawiam Wam kobietę, która będzie rządzić w muzyce w 2012 roku. LANA DEL  REY.
Właśnie pojawiło się jej najnowsze wideo do utworu "Born To Die" zapowiadającego album o tym samym tytule - premiera 30 stycznia 2012. W przeciągu nie całej doby ponad 250 000 wyświetleń, może to i nie rekord ale jak na debiutantkę i wokalistkę nie do końca popową to chyba nie źle.
"Born To Die" podobnie jak "Video Games" czaruje swoją melancholią i smutkiem od którego łatwo się uzależnić. Piosenka wokalnie pięknie prowadzona, wyrazistsza od wcześniejszego singla, w sferze lirycznej to opis miłości szalonej i trudnej, która może prowadzić jedynie do unicestwienia.

"Don't make me sad, don't make me cry
Sometimes love's not enough when the road gets tough
I don't know why
Keep making me laugh,
Let's go get high
Road's long, we carry on
Try to have fun in the meantime

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain
You like your girls insane
Choose your last words
This is the last time
Cause you and I, we were born to die"

Dla mnie na pewno będzie to piosenka przełomu 2011/2012. Oby płyta była równie zachwycająca co zapowiadające ją single.
ps: minus za ten przesadny patos w teledysku.


Podsumowania

W końcówce roku najbardziej lubię podsumowania. Czy to dotyczy gospodarki naszego kraju czy zagadnień związanych z szeroko pojmowaną kulturą za każdym razem tak samo mocno interesuje się czy moje subiektywne de best of 20** zgadza się bądź zupełnie odbiega od tych debestofów ustalonych przez mniej lub bardziej znaczące media. Ale to przede wszystkim świetna okazja aby sprawdzić czy jakieś ważne wydarzenie dziwnym sposobem nie umknęło nam.
Za takie wydarzenie uznaje oczywiście wydanie ciekawej płyty, (bo mnie tu tylko muza interesuje) i przecież jest tego tyle, że to nie takie proste poznać i obsłuchać wszystko do cna. Dlatego przygotowałem ten oto zestaw linków który przeniesie Was do ciekawych zestawień najlepszych płyt minionego roku.
Jestem przekonany, że odkryjecie coś czego nie znaliście i to będzie najlepszy prezent na zbliżające się święta.



Pitchfork


Enjoy!

piątek, 25 listopada 2011

Midnight Express

I tej jesieni mamy ogromny wysyp ciekawych płyt, których nie nadążam słuchać i zarazem dzielić się opiniami na ich temat.  Dlatego chciałbym ekspresowo (i tą późną porą - właśnie jest 1 ejem) zachęcić do kilku tytułów. Co prawda nie będą to szczegółowo opisane recenzje, lecz niech nie będzie to wyznacznikiem ich wartości, bo na pewno niektóre tytuły można uznać za the best of 2011.

Feist - Metals. Fantastyczna kanadyjka, która wydała najlepszy album w swojej karierze! Płyta wprowadza w uroczy klimat, jest melancholijnie, bluesowo, delikatnie i spokojnie. A wszystko to dzięki wokalowi Leslie od którego można się uzależnić! Bezwzględnie polecam, utwór zamykający kompilacje "Get It Wrong, Get It Right. Po za tym musisz uważnie posłuchać: "Graveyard", "How Come You Never Go There" i bogato aranżowany "A Commotion". 



Florence and The Machine - Ceremonials. To jedna z ważniejszych płyt tego roku. Wszyscy czekali co zaprezentuje zdolna Brytyjka na swoim drugim albumie, po bardzo dobrze przyjętym "Lungs". To na pewno inny album, mroczniejszy, co potwierdza nawet pierwszy singiel:" What The Water Gave me". Mniej tu utworów przygotowanych "specjalnie" pod radio, bo po prostu to długie piosenki, ale na pewno mogą oczarować swoim niesamowitym klimatem. Na uwagę zasługują "No Light No Light", "Spectrum" i mój ulubiony "Strangeness And Charm".

Zola Jesus - Conatus. To niepokojąca, mroczna płyta. Nie będzie przesadne nazwanie jej nawet gotycką. Stworzona w charakterystycznym klimacie: elektroniczne dźwięki mieszają się z jej nietuzinkowym, wyrazistym wokalem przez co tworzy jedyną w swoim rodzaju wartość. To płyta dla wymagającego słuchacza która długo nie daje o sobie zapomnieć. Koniecznie zapoznajcie się z nią od deski do deski, gwarantuje ekstatyczne doznania.
Soundtrack - Drive. Rzadko zdarza mi się zapoznać z jakąś ciekawą scieżką dźwiękową. Filmu jeszcze nie miałem okazji obejrzeć za to muzyka z tego filmu mocno mnie zainteresowała. Kompozycje Cliffa Martineza pięknie nas uwodzą, chill-outowe, miękkie dźwięki  z typowym brzmieniem dla lat 80-tych. Warte uwagi są również piosenki wbogacające soundtrack, w szczególności Desire - "Under Your Spell".


Julia Marcell - June. To największe zaskoczenie tego roku! Jak się okazuje, pani Marcell nieustannie eksploruje nowe tereny muzyczne i głodna jest oryginalnych brzmień.  Płyta znacząco różni się od wcześniej wydanej "It Might Like You", która w warstwie muzycznej była stonowana i delikatna. "June" jest nowoczesna, przebojowa i nieokiełznana. I choć śpiewana po angielsku urocze są wszelakiej maści polskie wstawki. Po za singlową "Matrioszką" polecam świetne "Echo", "Gamelan" oraz "Crows".

piątek, 11 listopada 2011

Dużo smutku, silikonu w ustach i niezaprzeczalnego talentu

Nikt tak nie namieszał w ostatnim miesiącu w internecie jak ona. Właściwie pojawiła się znikąd i nagle stała się objawieniem muzyki pop Anno Domini 2011. Ale pop to najwyższej próby! Kobietki pokroju Britney Spears mogą jej robić chórki, chociaż i to za dużo. Lana Del Rey, a właściwie Lizzy Grant zachwyciła pieśnią "Video Games" i stworzonym przez siebie wideoklipem do tego utworu właśnie. Nastrojowa ballada po pierwszym przesłuchaniu rozkłada na łopatki i sprawia, że stajemy się jej niewolnikiem. Pięknie, prawdziwie zaśpiewany song, dogłębnie wzrusza, snując opowieść o destrukcyjnej relacji. 

Po za niezaprzeczalnym talentem i piękną piosenką, dużo również mówi się o samym image'u artystki, gdyż Lana wyraźnie zafascynowana jest urokiem lat 50-60-tych minionego wieku i porównania do Brigitte Bardot nasuwają się same. No i jeszcze te usta, które niewątpliwie przykuwają uwagę... silikon to, czy nie silikon... NIEWAŻNE bo talent kobieta ma niepodważalny, a nam pozostaje tylko czekać na jej longplay, który może namieszać w świecie muzyki pop.


wtorek, 18 października 2011

Zmieszany

Długo nosiłem się z przedstawieniem swojej opinii na temat najnowszej płyty Bjork "Biophilia", bo odczucia po niej mam mieszane i właściwie do tej pory nie jestem w stanie wyrazić jednoznacznej opinii na temat tego krążka. A ciężej mi tym bardziej, bo to jedna z moich idolek i artystek, którą słucham od maleńkości i mam do niej niesamowitą słabość.
Zacznę od samej formy, bo wiemy, że Biophilia to nie taka zwykła płyta z muzyką a cały projekt multimedialny, który przy współpracy z firmą Apple, artystka powołała do życia.
I tu już mój pierwszy zarzut, bo jak dla mnie muzyka nie potrzebuje dodatkowej oprawy aby sobą zainteresować. A wszystkie te aplikacje/gry, które pojawiły się wraz z wydaniem albumu, mające na celu uzupełniać muzykę, jak dla mnie są zbyteczne. Pomysł sam w sobie bardzo innowacyjny, aczkolwiek w tej sferze jestem strasznym konserwatystą i nie uważam aby wytwory muzyczne, zwłaszcza takiej artystki, wymagały dodatkowej "oprawy".
Ale skupmy się już na muzyce. Bo znaleźć tu można mnóstwo rożnych dźwięków, wytworzonych z przeróżnych maszyn i instrumentów. Ich bogactwo i różnorodność to ewidentny plus tego albumu. W warstwie lirycznej wiele tu nawiązań do świata i wszechświata, genezy jego powstania i zjawisk, które można w nim zauważyć, stąd takie tytuły utworów jak: "Moon", "Thunderbolt", singlowe "Crystalline" czy "Cosmogony". Płyta w swoim klimacie i od strony muzycznej bardzo przypomina "Vespertine", aczkolwiek jest trudniejsza w odbiorze. Spora ilość utworów jest po prostu ciężka i ciekawa jedynie od strony "projektowej" co niestety nie idzie w parze z dostępnością i przyjemnością słuchania. Rozbudowane partie instrumentalne czasami wręcz nużą i utrudniają przesłuchania płyty z przyjemnością, jednym chełstem. Dziwi to, tym bardziej, że Bjork, jak mało kto ma talent to tworzenia bardzo miłych dla ucha songów, do których co prawda trzeba się przyzwyczaić, ale w krótkim czasie zwyczajnie uzależniają. Ten album, taki nie jest, choć ma swoje mocne momenty.
Pierwszy z nich to  "Cosmogony", rzecz o powstaniu świata, utwór piękny w swej melodii i tekście, już po pierwszy przesłuchaniu zwraca na siebie uwagę. Drugim, myślę najlepszym utworem tego album, jest "Sacrifice", wydaje się być troszkę agresywny i szorstki, przez to bardzo charakterny i znacząco odbiega od pozostałych piosenek. Warto też zwrócić uwagę na tekst tego utworu, bo rzecz to o poświęceniu: " Your generosity will show In the volume of her glow". Warte uwagi są również utwory rozpoczynające album: "Moon" i "ThunderBolt" oraz pojawiający się późniejszej części albumu: "Virus".
Pozostała część muzyczna to rzecz przez, którą ciężko jest się przebić. Możliwe, że to tylko moja opinia i zwyczajnie w świecie jeszcze nie pojmuję całego artystycznego przekazu. Jednak, to sprawia, że Biophilia nie do końca spełnia moje oczekiwania, które jej stawiałem w chwili pojawienia się wzmianki o tymże wydawnictwie.
Oczywiście, Bjork nie musi już niczego udowadniać, jest artystką w pełni tego słowa znaczeniu i ostatecznie sam album jest przełomem w branży muzycznej i podejściu do muzyki. Choć ja bym po prostu wolał aby był przełomem jedynie muzycznym, artystycznym.



środa, 28 września 2011

Nosowska wielką artystką jest !


Kiedy usłyszałem nowy singiel Kasi Nosowskiej zapowiadający jej kolejną płytę, byłem przekonany, że to powrót artystki do elektronicznych, nowoczesnych klimatów charakterystycznych choćby dla płyty "Sushi". No bo co można było pomyśleć kiedy pianino rozpoczynające "Nomadę" zostało rozbite przez soczysty bit perkusji i innej maści przeszkadzajki, nadając piosence wręcz tanecznego sznytu. 
Jak bardzo myliłem się w tych przewidywaniach, wie każdy kto tę płytę już słuchał
i niech mi to będzie ostatni raz kiedy próbowałem Nosowską przewidzieć i zaszuf-ladkować.  Bo "8"-ka jest niezwykle różnorodna. Mnóstwo na niej nietypowych dźwięków, stylów, śpiewów, krzyków, a dynamiczne ostrzejsze utwory wymieszane są ze spokojnymi nostalgicznymi songami. Choć teksty jak zwykle radością ogromną nie tryskają to mimo wszystko nie są one ciężkie czy przepełnione żalem. Wręcz przeciwnie, daje się wyczuć dość wyraźnie optymizm i poczucie, że artystka stara się czerpać radość z szeregu zwykłych przeciętnych zdarzeń.
Płytę rozpoczyna "Rozszczep" - nastrojowy utwór, w wydźwięku niemalże symfoniczny, w warstwie lirycznej najmocniej depresyjny ze wszystkich na płycie, opisujący rozpad relacji międzyludzkich zobrazowany po przez rozdzielenie ciał będących niegdyś całością. Kolejny "Daj Spać", z mocno uwypukloną sekcją rytmiczną, z oszalałą trąbką, agresywny w dziękach jak i tekstowo a zarazem to nie zły materiał na taki prawdziwy radiowy przebój.
Po rewelacyjnym "Nomadzie" następuje z lekka dżezujący "Pa". Potem jedne z piękniejszych piosenek na płycie "Kto?" i zaraz po niej "Ziarno", z bardzo mocnym tekstem, przejmująco zaśpiewana, mocno chwyta za serce. Rozbudowany i bogaty w stylistyce "Tętent" poraża klimatem, przywołuje na myśl jesienny mrok i mgłę, utwór pełni rolę preludium dla zamykającego "O lesie" nieprawdopodobnie radosnej i dynamicznej pieśni wychwalającej naturę i nawołującej do powrotu na jej łono. 
Choć na nowym albumie daje się zauważyć pomysły i dźwięki zagrane już na wcześniejszych kompilacjach to jednak pojawiają się też nowe brzmienia, dość nietypowe jak dla niej. Nosowska i jej teksty to wciąż najprawdziwsza poezja, bo to taki  nieprawdopodobny talent w kilku słowach pokazać ważną treść, do tego niebanalnie i konkretnie. Tak, Nosowska wielką artystką jest !

wtorek, 13 września 2011

Pod wrażeniem !


Muzyka musi zaskakiwać, musi dawać do myślenia, musi powodować ciarki i musi nie pozwolić o sobie zapomnieć. Tak jest z projektem Saltillo - "Ganglion", który już na tyle mocno wrył mi się w psychikę, że jeszcze nie raz z chęcią wrócę do tej muzyki. Muszę ze wstydem przyznać się, że projekt ten powstał już parę lat temu a odkryłem go nie dawno. Ale to chyba jeszcze mocniej unaocznia jaką siłę rażenia ma ten album i mimo upływu kilku lat ciągle wydaje się niesamowicie innowacyjny. Jaka jest to muzyka ? Różna, nieokiełznana, nie dająca się sklasyfikować, dzika, melancholijna, jak by twórczość klasyczną wymieszać z najlepszymi dokonaniami trip-hopu… i to ciągle za mało aby sprecyzować jaki ten album rzeczywiście jest. Warto jeszcze zwrócić uwagę na aspekt liryczny, gdzie standardowy tekst zastąpiony został twórczością Szekspira. Choć więcej tu wokaliz aniżeli typowego tekstu śpiewanego. Wszystko jest tu idealnie zgrane, dopasowane, wręcz perfekcyjne, wymiksowane z różnymi stylami muzycznymi tworzy zgrabną pasującą całość.

Album rozpoczyna spokojne i niepozorne: "A Necessery End" i "Giving In" ale nawet po tych utworach daje się wyczuć, że ten album jeszcze nas zaskoczy. Następny, mocno pulsujący i energetyczny "Remember me". Potem nadchodzi czas na moje 2 ulubione utwory:  "A Hair On The Head Of John The" i "Blood And Milk", który swoją ekspresją muzyczną przypomina przebieg choroby afektywnej dwubiegunowej: etapy depresji i manii następują kolejno po sobie i tak non-stop.
"The Opening" rozpoczyna się ociężałą spokojną wiolonczelą by następnie zaatakować ostrymi skrzypcami. "Backyard Pond" jest już kompletnie inny od poprzedniego utworu, tam dominowały instrumenty strunowe a tu mamy ambientową wariację, szaloną jak wypuszczony ze smyczy wściekły pies ale pełną miłych dla ucha zgrzytów. "Grafting" natomiast pełną garścią czerpie ze stylistyki etno i zachwyca pięknymi wokalizami.
Po serii skreczy, trzasków, pisków, skrzypków i pełnej gamy psychodelii album kończą 2 spokojne utwory. "I'm On The Wrong Side" - ballada, delikatnie zaśpiewana do akompaniamentu  gitary oraz "002 F#m" utwór w którym główną role gra fortepian, bez zbędnych dodatków, adekwatnie zamyka ten album.

Na koniec tylko dodam, aby kompletnie wprowadzić w osłupienie, że ten album stworzył tylko jeden człowiek, multiinstrumentalista, Menton J. Matthews - zapamiętajmy to nazwisko, bo na pewno za paręnaście lat nasze dzieci będą się o nim uczyć w szkole.


wtorek, 30 sierpnia 2011

World Unite! Lucifer Youth Foundation

Pochodzą z Manchesteru, grają muzykę, nazywają się WU LYF (czyt. woo life) i więcej na ich temat nie wiadomo. Ten brak informacji to zamierzone działanie zespołu a to jeszcze bardziej mnie w nich fascynuje. W dobie natężonej promocji, wszystkich i wszystkiego wydaje się, że WU LYF chcą tylko grać i nic więcej ich nie interesuje. Są na tyle w tym aroganccy, że nawet płytę wydali sami, choć nie jedna wytwórnia chciała by mieć ich w swoim katalogu artystów.  Zespół  powstał w 2008 r. tworzy go czwórka osób: "Jeau" (Joe Manning), "Lung" (Tom McClung), "Elle Jaie" (Ellery Roberts) i "Evanse" (Evans Kati). Grają nietypowo, śpiewają niewyraźnie lecz debiutancki album: "Go Tell Fire To The Mountain" może okazać się albumem tego roku. To nie jest łatwa płyta, po pierwszym przesłuchaniu nie robi wrażenia, wręcz męczy lecz jeśli damy jej szanse zapewni nam niesamowity odjazd!  Głos wokalisty, mocny gardłowy i czasem dziwnie piskliwy, nie raz wydaje się, że krzyczy aniżeli śpiewa ale potrafi porządnie szturchnąć serducho. Zespół ciężko przypisać do jakiegokolwiek nurtu, bo na pewno to nie modne indie rock, ani też britpop ale warto zaznaczyć, że wyraziste gitary mocno naznaczają ten album. Longplay promują dwa single, fantastyczny: "Heavy Pop" oraz "Dirt". Ze swojej strony polecam utwory "Cave Song" i "LYF". Dawno nie słyszałem tak oryginalnych i nietypowych dźwięków, które jak się zdaje wychodzą z chaosu, tworząc przyjemny dla ucha porządek dźwięków.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Mistrzostwo

W minionym tygodniu zachwyciły mnie 2 całkiem różne nowości muzyczne. Jedna z nich to zapowiedź całej płyty, druga to swoisty eksperyment - czy będzie miał kontynuację w postaci longplay'a - zobaczymy.

Płytę zapowiada nie kto inny, a sama Katarzyna Nosowska. Album zwiastuje singiel "Nomada", tytuł albumu jest jeszcze nieznany aczkolwiek zapowiada się arcy ciekawe wydawnictwo! Po singlu można wnioskować, że Kasia spróbuje połączyć żywe instrumenty z elektroniką a wszystko w miłym pesymistycznym wydźwięku. Jak będzie w rzeczywistości niebawem okaże się... Od strony lirycznej, majstersztyk! Proces zakochania, miłości i odkochania porównany do bulimicznego sposobu pożywiania się. A wszystko ma na celu uzmysłowić nam, że niejednokrotnie w sferze uczuć jesteśmy "turystami". Ale nie z żalu to wszystko a z obserwacji jakie daje jej życie. Nosowska przedstawia nam, po raz kolejny, prawdy objawione. A śpiewa to, bawiąc się swoim głosem, który jak wiemy pięcio-oktawowy nie jest, ale przyprawia o pięcio-oktawowe ciarki!  Płyty nie mogę się doczekać!
Zapraszam do słuchania:


Gdybym miał sobie wymyślić jakiś duet, dość różniących się od siebie artystów a zarazem o podobnej wrażliwości muzycznej, których mimo wszystko chciałbym wspólnie usłyszeć to byłby to właśnie Bon Iver i James Blake. I jak się okazało panowie wspólnie stworzyli coś. To coś to: "Fall Creek Boys Chior". Czego to zapowiedź, nie wiem ale połączenie fenomenalne. Natężenie emocjonalne sięga tu zenitu, dźwięki delikatnie masują duszę i ciało i lepiej robią niż psychoterapia długoterminowa.
Polecam!

sobota, 20 sierpnia 2011

Updater

Kontynuując wątek z Bjork... jest już trackista i spieszę o tym donieść:

Moon

Thunderbold
Crystalline
Cosmogony
Dark Matter
Hollow
Virus
Sacrifice
Mutual Core
Solstice


Pozostaje czekać nam na album. Premiera 23.09.2011

czwartek, 18 sierpnia 2011

Zapowiedź

Nie ukrywam, że niecierpliwie czekam na najnowsze dzieło Islandki.
Czy powstała muzyka zachwyci i przewróci do góry nogami nasze myślenie o muzyce nie wiem ale wiadomo, że od strony wydawniczej i technologicznej to będzie kompletna nowość - płyta powstaje jako "app album" zawierający specjalne aplikacje na ipada.
Poniżej umieszczam okładkę do albumu: "Biophilia":

Czekamy na tracklistę i cały album.

środa, 17 sierpnia 2011

Tak kompletnie przez przypadek...


Nigdy nie byłem niesamowitym fanem twórczości zespołu Zacha Condona, choć zawsze swoim graniem potrafili przenieść w jakieś kompletnie magiczne miejsca - co w muzyce lubię, to jednak nigdy nie był zespołem, na którego premierę nowych nagrań czekałem ze zniecierpliwieniem. Na najnowsze wydawnictwo zespołu: "The Rip Tide" wpadłem całkiem przez przypadek, kompletnie zdziwiony, że Beirut wydał coś nowego bo w mediach nie słyszałem aby jakoś głośno mówiono o premierze tego albumu. Nic to, wziąłem się za słuchanie i zdziwiłem się bo nowy Beirut to już nie to co samo co stary Beirut. Zach, ciągle zachwyca swoimi głosem i piosenki ciągle bogate w aranżacje ale iskrzy się z tych dźwięków optymizm i spokój, którego nie doświadczysz we wcześniejszych wydawnictwach. I to jest plusem i zarazem minusem tego albumu. Mnie czarowały smutki wyciekające z dęciaków zaprezentowane chociażby na "Gulag Orkestar", a najnowszy album jest jak dobre wspomnienie lata. Snuje się, czaruje, powoli uwodzi by naglę dość nieoczekiwanie zakończyć się. Album rozpoczynają rewelacyjne: "A Candle's Fire" i "Santa Fe", potem trafimy na utwory w sam raz do stacji muzycznych, bo "East Harlem" czy "Vagabond" bez problemu mogły by zawładnąć listami przebojów, dynamiczne i melodyjne - od razu wpadają w ucho. Najmocniej oczarował mnie "The Rip Tide" - początkowy spokój i ciszę piosenki, powoli rozrywają fale dźwięków, w głosie Zacha daje się słyszeć nostalgię, a cała piosenka wprowadzą w uroczy stan krótkotrwałej melancholii i zadumy:
"And this is the house where I 

I feel alone 
Feel alone now 
And this is the house where I 
Could be alone 
Be alone now 
So the waves and I found the rolling tide 
So the waves and I found the rip tide"
To zdecydowanie album na letnie wieczory, spokojne upijanie się winem i cierpliwe wspominanie minionego dnia. Polecam wszystkim, których pogoda nie rozpieściła w te wakacje. Gwarantuje, że będziecie dobrze je wspominać dzięki tej muzyce.